Kim był Tomasz Apostoł? Gdy myślę o nim, myślę “didymos”. Ale o tym zaraz, zacznijmy od początku. Tomka nie było z pozostałymi apostołami za pierwszym razem, gdy przyszedł Jezus, wyłamał się, nie uwierzył, uparł się, że musi Jezusa sam zobaczyć. To zresztą nie pierwszy raz, gdy Tomasz się wyłamał, wyszedł przed szereg, ale to zostawmy (zrobił to wcześniej co najmniej dwukrotnie: w czternastym i jedenastym rozdziale Ewangelii Jana). Na kartach Ewangelii czytamy, że Tomasz był gotowy umierać razem z Jezusem, to mocne oświadczenie. Skoro tą jego gotowość do umierania utrwalono w przekazie biblijnym, to musiało być to wyraźne. Być może on to wykrzyczał wobec pozostałych apostołów? Na pewno serio podszedł do “tematu”… Trochę wstyd, bo jego oczywiście pod krzyżem nie było… No i później Jezus objawił się mu, na pewno było to spotkanie pełne miłości, ale wyobrażam sobie, że po ludzku mogło to być dla niego niełatwe: “Podnieś rękę i włóż ją do mego boku”… Takie spotkanie ze zmartwychwstałym Jezusem to wyjątkowa łaska. Może niektórzy apostołowie mu tego zazdrościli, czuł na sobie ich zazdrosny wzrok. Jeden na jeden z Jezusem w bardzo bliskim, wyjątkowym spotkaniu, w którym dokonuje się coś ważnego. Nie jest łatwo żyć, gdy ktoś ci czegoś zazdrości, ocenia… Może on sam czuł się przed apostołami nieco w tej sytuacji głupio. Tomasz się wyłamywał, był w grupie apostołów, ale w jakiś sposób tam nie pasował. I myślę, że to mogło być dla niego po prostu trudne. Był takim troszeczkę „outsiderem”, wydaje mi się, patrząc na Biblijne ślady, że mógł mieć problemy z relacjami. Nie uwierzył w świadectwo wszystkich pozostałych apostołów, z którymi przeżył przygodę życia, że Jezus zmartwychwstał i im się ukazał, gdy go z nimi nie było. Nie uwierzył, bo nie potrafił im popatrzeć w oczy i zobaczyć w nich prawdy. Był introwertykiem z trudem budującym trwałe, głębokie relacje. Musiał więc wejść w walkę duchową, i uwierzyć, że pomimo jego upadków, pomimo jego ograniczeń, pomimo tego, że się po ludzku wygłupił wychodząc przed szereg z umieraniem razem z Jezusem, pomimo tego, że czasami nie pasował, pomimo tego, że może nieco dziwnie na niego patrzono (z różnych powodów), pomimo tego wszystkiego on UWIERZYŁ w to, że może być jak Jezus. Uwierzył, że On może być jak Jezus. Tomasz Apostoł to dla mnie nie jest “Tomasz niewierny”, ale “wzór WIARY”. To jest klucz do zrozumienia Tomasza wg mnie. Przyjęcie tej wiary, że „ja mogę kochać jak Jezus, mogę żyć w Jego imię”, to “walka duchowa”, dla wielu z nas, dla mnie na pewno. Czasami nachodzi mnie pokusa, aby już nie kochać, aby się wycofać, bo czuję się niegodny. Czuję się mały, bo zawiodłem, a czasami wręcz przeciwnie – bo mam coś, czego nie mają inni, i mi po prostu mi z tego powodu trochę głupio. To jest łatwiejsze: łatwiej jest się samo-ocenić i spasować, wycofać się. Jego walka duchowa mnie inspiruje – pomimo kiepskiej historii życia – kochać, bo po prostu mam do tego prawo. Tomasz tą walkę duchową z tym, jak go postrzegali inni wygrał. W Biblii zapisane jest, że nazywany był „Didymos” czyli “bliźniak”. Wierzę, że każde słowo umieszczone w Biblii to Słowo miłości dla mnie. Z pewnością także określenie Tomasza przydomkiem “didymos”. Istnieje pewna tradycja mówiąca, że był dlatego nazywany bliźniakiem, bo po wniebowstąpieniu Jezusa stał się jak On – wyobrażam sobie, że był podobny do niego, że ruszał się jak Jezus, ubierał się jak On, podobnie nauczał i czynił podobne cuda. To jest moje marzenie. I oczywiście – jestem lata świetlne od tego – ale nie przejmuję się, wiem, że tak jak w przypadku nieoczywistego kontekstu życiowego Tomasza – moja historia, mój dzisiejszy kontekst nie jest dla mnie przeszkodą, żeby się upodobnić do Jezusa. Otwieram się na to, żeby On przebijał się przeze mnie, po mimo tego, że mi wstyd, bo jestem taki ograniczony, malutki, słaby, nie pasuję, jestem niegodny. Nie szkodzi, Tomasz się stał jak On, więc ja też mogę, nawet jeśli się wygłupiłem, jeśli coś zrobiłem źle, jeśli trochę nie pasuję, jeśli jestem niezrozumiany. Nieważne, nieważne. Idę jego śladami, chcę być Didymos. Walka duchowa, aby przyjąć Jezusową tożsamość, która daje mi mandat, aby kochać, niezależnie od tego, jak jestem brudny. To jest dla mnie kwintesencja pokory – być kochającym, służącym, pomagającym (czyli wielkim) pomimo faktów klasyfikujących mnie do usunięcia się w cień.
Tych świętych, których ślady mnie inspirują i są lub byli dla mnie pewną pomocą na jakimś odcinku mojej drogi jest więcej: Abraham, Jan Chrzciciel, Ignacy Loyola, Faustyna Kowalska, Franciszek z Asyżu, o. Pio, Augustyn czy Tomasz z Akwinu. Każdy z nich zostawił mi coś, czym mogę dziś się posłużyć na drodze swojego życia. Oczywiście nauczycieli wiary (czyli życia) mam więcej, wielu z nich wciąż żyje, wielu Kościół oficjalnie nie wskazał jako tych, którzy z pewnością są już w chwale razem z Barankiem.
Na koniec myśl, która mi towarzyszy, gdy myślę o “świętych”. Żaden z tych grzesznych ludzi nie był “święty” w trakcie swojego życia. W trakcie ich życia mówiono do nich: Tomek, Franciszek, Janek, Ignacy, Zuzia, Karolina, Jagoda itd. Nikt nie mówił do nich na przykład: “Cześć święty Tomaszu, dobrze cię dziś widzieć”. Ci ludzie zostali “świętymi” po śmierci, świętością Jezusa, z którym się zjednoczyli w Jego chwale. I to jest dobra nowina! Dobra nowina, bo wielu wśród nas jest prawdziwych “świętych”, dokładnie takich samych, jakich dzisiaj w Kościele wspominamy. Mnie ta myśl pomaga otworzyć oczy i zobaczyć Bożą chwałę w moich bliźnich. Światło Chrystusa, które jest w nich: nie przykryte pod korcem, ale odsłonięte światu – wskazuje na jedyne źródło świętości, najcenniejszego z cennych, jedynego dobrego, jedynego ojca, jedynego mistrza, tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem – JEZUSA.
