Właśnie teraz (pierwsza połowa lutego ’23) w kaplicy uniwersyteckiej przy Asbury University (USA) trwa nieustannie od kilku dni niezapowiedziana, niespodziewana modlitwa wielu – głównie młodych – ludzi.
Wydaje się, że Bóg czyni tam coś nowego i wielkiego dla tego miasta, a być może coś, co w perspektywie czasu przyniesie owoce znacznie, znacznie, znacznie dalej, niż tylko w tamtym regionie.
Z „przecieków” od Karola Sobczyka, który załączył relację Brenta Williamsona czytam:
„(…) Nie było tam żadnego odpowiedzialnego. Nie było żadnego znanego lidera. Nie było żadnego znanego zespołu uwielbienia. Było tam kilku różnych ludzi którzy przemawiali, i nie powiedziałbyś o nich, że są odpowiedzialnymi za przewodzenie. Co mniej więcej dwie godziny wymieniali się śpiewacy i muzycy. Była gitara, pianino i cajon. To wszystko. (…)”
I bardzo mnie to porusza, porusza mnie ta prostota, porusza mnie to suwerenne działanie Boga. On jest mistrzem przychodzenia do stajenki, nie potrzeba wiele, aby mógł przyjść, wystarczą otwarte, wyczekujące, tęskniące, głodne Jego samego serca.
Myślę, że trwa w Kościele czas oczyszczania – oczyszczania Kościoła z tego, w czym wciąż pokładamy nasze nadzieje, zamiast pokładać je w Nim. Bóg lubi prostotę, lubi ubóstwo, które robi więcej miejsca Jemu samemu. Czasami stawiamy Mu warunki jak ma przychodzić, jak ma się objawiać, czasami robimy mnóstwo niepotrzebnych rzeczy i skupiamy się na tym, co nie jest najważniejsze – nie bezpośrednio i wprost na Nim samym. Jest jednak nadzieja na przebudzenie na większą skalę, i jest nią On sam. Być może będzie potrzeba, abyśmy jeszcze dużo stracili jako Kościół po to, abyśmy mogli wrócić bezpośrednio do Niego, w szczerości i prostocie. W końcu zostanie nam On sam. I to wydaje się niesamowitą perspektywą!
